7,5 mld dopłat nie wystarczy, spółki węglowe Skarbu Państwa chcą kolejnych 4 mld zł.

W Polsce coraz więcej dopłacamy do górnictwa węgla kamiennego, które jest pod kontrolą Skarbu Państwa. Według najnowszych danych, w tym roku z budżetu państwa miało trafić na ten cel 7,5 miliarda złotych. Okazuje się jednak, że to nie wystarczy. Spółki górnicze, w których 100%  lub większość udziałów ma państwo, zawnioskowały już o dodatkowe 4 miliardy złotych państwowych subwencji. I to nie na rozwój czy inwestycje, ale tylko po to, żeby w ogóle utrzymać płynność finansową, czyli mówiąc wprost – nie zbankrutować.

System dopłat został wprowadzony pod koniec 2021 roku. Oficjalnie miał polegać na tym, że państwo pomaga spółkom węglowym w procesie stopniowego wygaszania wydobycia, które ma się zakończyć dopiero w 2049 roku. W praktyce chodzi jednak przede wszystkim o to, żeby pokrywać różnicę między tym, ile kosztuje wydobycie węgla, a ile spółki są w stanie zarobić na jego sprzedaży (najczęściej po mocno zaniżonych cenach). Do tego dochodzą też inne formy wsparcia – odraczanie zobowiązań, dopłaty do osłon socjalnych dla górników, a także pieniądze na likwidację już zamkniętych kopalń.

Skala tego wsparcia robi wrażenie, ale w złym znaczeniu tego słowa. Początkowo zakładano, że dziesięcioletni program pomocy dla górnictwa na lata 2022–2031 będzie kosztować około 28 miliardów złotych. Dziś już widać, że było to bardzo mocno niedoszacowane. Po czterech latach już jesteśmy blisko tej kwoty, a do końca dekady jeszcze daleko.

Tylko w 2024 roku same dopłaty do redukcji wydobycia wyniosły prawie 5,8 miliarda złotych, a po doliczeniu innych wydatków jak likwidacja kopalń i świadczenia osłonowe, łączne wydatki państwa na węgiel sięgnęły około 6,5 miliarda złotych. W całym 2025 roku było to już około 9 miliardów złotych. Jeśli w tym roku państwo spełni oczekiwania spółek i dosypie kolejne 4 miliardy, rachunek może urosnąć do rekordowych 11,5 miliarda złotych.

Dlaczego tak się dzieje?

Bo państwowe spółki węglowe notują olbrzymie straty, które systematycznie rosną. Z danych wynika, że sama strata netto jednej z największych spółek węglowych należącej do Skarbu Państwa ma w tym roku sięgnąć 5 miliardów złotych. Inna duża spółka, również państwowa – prognozuje stratę na poziomie ponad 6,25 miliarda złotych. I to wszystko mimo że wydobycie węgla w niektórych przypadkach nawet rośnie. Innymi słowy: im więcej wydobywamy, tym więcej tracimy.

W praktyce wygląda to tak, że wszyscy podatnicy w Polsce (niezależnie od tego, czy używamy węgla do ogrzewania, czy nie) regularnie dopłacamy do utrzymywania przy życiu nierentownych molochów. Pieniądze, które mogłyby zostać przeznaczone na inne cele, idą na pokrywanie dziur w budżetach spółek, które od lat nie potrafią same zarobić na swoją działalność.

I tu pojawia się kluczowy kontrast, bo w Polsce działają także prywatne kopalnie wydobywające węgiel kamienny, które mimo tego, że nie otrzymują żadnych dopłat z budżetu państwa, to potrafią być rentowne. Potrafią dostosować koszty do realiów rynkowych, inwestować w efektywne technologie i nie generują strat na skalę miliardów złotych. Co więcej – firmy te muszą nieustannie konkurować na rynku z węglem sztucznie dotowanym przez państwo.

To pokazuje, że problem nie leży wyłącznie w samej branży górniczej jako takiej, ale w modelu zarządzania państwowymi spółkami. Dopóki państwo systematycznie dotuje straty, dopóty nie ma presji na to, żeby naprawdę coś zmienić – na restrukturyzację, na optymalizację kosztów, na modernizację czy na zwiększanie wydajności.

Dlatego warto zadać sobie pytanie – czy nie lepiej zamiast co roku dorzucać kolejne miliardy do nierentownych spółek w ramach mechanizmu, który coraz bardziej przypomina reanimację niż transformację, zainwestować te same pieniądze w głęboką restrukturyzację?

Wyobraźmy sobie, że publiczne wsparcie nie idzie na łatanie dziur, ale na konkretne działania, które mogą zwiększyć rentowność – inwestycje w nowoczesne maszyny i technologie, które obniżą koszty wydobycia, programy optymalizacji kosztów operacyjnych, redukcję zbędnych etatów, a wreszcie – ale tylko tam gdzie to konieczne, na odpowiedzialne i przewidywalne zamykanie tych kopalń, które realnie nie mają szans na rentowność.

To nie jest wizja naiwna. To jest model, który od lat działa w wielu innych branżach i w innych krajach. Państwo nie musi być wiecznym sponsorem strat. Może być natomiast inwestorem, który oczekuje od spółek, w które włożył pieniądze podatników, konkretnych efektów – w tym przede wszystkim rentowności.

Dziś mamy błędne koło – im więcej dopłacamy, tym mniej presji na zmiany, a im mniej zmian, tym więcej musimy dopłacać.

Pytanie brzmi – jak długo jeszcze polscy podatnicy będą płacić za to, żeby państwowe spółki węglowe mogły funkcjonować wbrew logice ekonomicznej? I czy w końcu nie powinniśmy postawić na rozwiązania, które zamiast sztucznego podtrzymywania przy życiu, faktycznie przygotują branżę do przyszłości, w której liczy się efektywność, a nie tylko przyzwolenie na straty?