Bill Gates – jeden z największych orędowników walki z klimatem, właśnie rzucił bombę, po której na całym świecie na nowo rozgorzała dyskusja na temat tzw. globalnego ocieplenia.

Gates kilka dni temu, tuż przed szczytem klimatycznym COP30 w Brazylii, stwierdził, że „zmiany klimatyczne nie doprowadzą do końca ludzkości i że pomimo poważnych skutków ocieplenia klimatu, ludzie będą mogli dostosować się do tych zmian i normalnie żyć w większości miejsc na Ziemi”.

Wypowiedź Gatesa momentalnie podchwycił amerykański prezydent Donald Trump, który tryumfalnie ogłosił, że „wygrał z Gatesem wojnę w sprawie oszustwa globalnego ocieplenia”.

Choć Gates nie zanegował wprost ocieplenia klimatu, to napisał wystarczająco dużo, żeby włożyć przysłowiowy kij w szprychy alarmistów klimatycznych na całym świecie.

Gates stwierdził bowiem, że zamiast obsesyjnego skupiania się na zerowych emisjach, świat powinien skupić się bardziej na walce z ubóstwem, chorobami i głodem, bo ubóstwo i choroby to obecnie większy problem dla świata niż klimat. Gates skrytykował obsesyjne skupianie się na zerowych emisjach i temperaturach, podczas gdy miliony ludzi na świecie nie ma co jeść.

Trudno odmówić Gatesowi racji, patrząc nawet na nasze własne „podwórko”, gdzie trwa właśnie szaleńcza i często bezmyślna walka z emisjami CO2 kosztem pogorszenia warunków życia milionów ludzi.

Zamykamy kopalnie, stawiamy wiatraki za miliardy złotych, a rachunki za prąd i ogrzewanie i tak eksplodują w górę. Ubóstwo energetyczne dotyka już milionów ludzi w Polsce, a tuż za rogiem czekają kolejne klimatyczne podatki i daniny z ETS2 na czele.

Tymczasem Polska odpowiada za zaledwie 0,73% (dane z Global Carbon Project i IEA za 2023 r.) globalnych emisji CO2. To mniej niż emisje z kilku największych chińskich elektrowni węglowych, a tych Chiny mają już ponad 1200 i cały czas budują nowe.

To pokazuje, jak marginalny jest polski wkład w światową emisję, a mimo to płacimy coraz więcej, bo „musimy ratować planetę, która umiera”.

Skoro jeden z największych na świecie orędowników walki z globalnym ociepleniem stwierdził, że planeta z całą pewnością nie umrze i że my także poradzimy sobie z cieplejszym klimatem jako ludzkość, to może warto by było chociaż zrewidować nieco podejście i dostosować tempo transformacji energetycznej do naszych możliwości?

Bo Gates ma absolutną rację w tym, że obsesyjne skupianie się na zerowych emisjach to znacznie mniejszy problem niż ubóstwo, choroby i głód, a paradoks polega na tym, że to właśnie zbyt pospieszne dążenie do tych zerowych emisji jest dzisiaj jedną z przyczyn postępującego ubóstwa, głodu i chorób będących naturalnym skutkiem tego, że ludzi nie stać na życie w godnych warunkach.

Tylko czy ktoś w Warszawie lub Brukseli w ogóle słucha Gatesa, szczególnie wtedy, gdy mówi on coś, co nie pasuje do scenariusza bezkompromisowej walki z „płonącą planetą”?