Jeszcze „wczoraj” Niemcy uchodziły za symbol zielonej transformacji i moralnego kompasu Europy w sprawach klimatu. Dziś jednak coraz częściej pojawia się pytanie: czy kraj, który pouczał innych, sam nie padł ofiarą własnej polityki? Analizując obecną sytuację gospodarczą i energetyczną naszego zachodniego sąsiada, trudno nie dostrzec pewnej sprzeczności,  a nawet hipokryzji w jego działaniach.

Z jednej strony Niemcy przez lata konsekwentnie budowały narrację o konieczności szybkiego odchodzenia od paliw kopalnych, w szczególności węgla. Polska, opierająca swoją energetykę na tym surowcu, była często stawiana w roli „hamulcowego” europejskiej transformacji. Z drugiej strony dziś to właśnie Berlin rozważa ponowne uruchomienie elektrowni węglowych o łącznej mocy aż 6,7 GW! T moc wystarczająca do zasilenia około 7 milionów gospodarstw domowych. Ten fakt sam w sobie stanowi wymowny symbol zmiany podejścia, gdzie ideologia ustępuje miejsca pragmatyzmowi.

Przyczyn tej zmiany należy szukać przede wszystkim w pogarszającej się sytuacji gospodarczej Niemiec. Spadające wskaźniki nastrojów przedsiębiorców, rosnące bezrobocie przekraczające 3 miliony osób oraz przyspieszająca inflacja pokazują, że niemiecka gospodarka znalazła się w trudnym położeniu. Obecny kryzys energetyczny z drastycznym wzrostem cen gazu oraz ropy, obnażył słabości modelu opartego na imporcie surowców i niestabilnych źródłach odnawialnych.

Kluczowym błędem – jak przyznają dziś sami niemieccy decydenci, było odejście od energetyki jądrowej. Zamknięcie elektrowni atomowych w 2023 roku uzależniło kraj od gazu, którego ceny w ostatnim czasie (zwłaszcza po wybuchu konfliktu w Iranie) gwałtownie wzrosły. W efekcie ceny energii elektrycznej w Niemczech są dziś nawet czterokrotnie wyższe niż we Francji, która zachowała silny sektor atomowy. W tej sytuacji powrót do węgla przestaje być wyborem ideologicznym, a staje się koniecznością gospodarczą.

I tu właśnie dochodzimy do sedna niemieckiej hipokryzji. Kraj który przez lata narzucał innym restrykcyjne standardy klimatyczne, sam nie jest w stanie ich utrzymać w warunkach poważniejszego kryzysu energetycznego.

Polska przez lata była krytykowana i sankcjonowana przez Unię Europejską za opóźnienia w transformacji energetycznej i brak aktualizacji Krajowego Planu Energetyczno-Klimatycznego, tymczasem Niemcy, mimo deklaracji odejścia od węgla, utrzymywały własne elektrownie w rezerwie, a dziś bez obaw o krytykę i sankcje ze strony UE rozważają ich ponowne wykorzystanie.

Co więcej, niemiecka polityka energetyczna od samego początku zawierała w sobie wiele sprzeczności. Z jednej strony forsowano Zielony Ład i zaostrzanie norm klimatycznych w całej Unii Europejskiej, z drugiej podpisywano wielomiliardowe umowy z sektorem węglowym oraz uzależniano tempo transformacji od budowy nowych elektrowni gazowych. W praktyce oznaczało to, że odejście od jednego paliwa kopalnego odbywało się kosztem zwiększenia zależności od innego, a gdy to inne drastycznie drożeje, wraca się do tego pierwszego.

Przypadek Niemiec pokazuje, że transformacja energetyczna, choć konieczna, musi być prowadzona w sposób realistyczny i uwzględniający bezpieczeństwo gospodarcze. Próba narzucenia jednego modelu wszystkim krajom, bez uwzględnienia ich specyfiki, prowadzi do właśnie takich sytuacji, w których kryzys wymusza odwracanie decyzji. Niemcy, które jeszcze niedawno były liderem zielonej rewolucji, dziś wracają do węgla, potwierdzając starą prawdę – w obliczu kryzysu liczy się nie ideologia, lecz stabilność i bezpieczeństwo energetyczne.

źródło: YT, kanał Comparic Rynki