Pomorska Uchwała Antysmogowa

Stanowisko Izby

Aktualności

Coraz więcej gmin z zakazami korzystania z paliw stałych!

Coraz więcej gmin z zakazami korzystania z paliw stałych!

Czy absurdalne i niespotykane nigdzie indziej w Europie uchwały pozbawią miliony mieszkańców naszego kraju niedrogich źródeł ciepła? Czy uwielbiane przez Polaków kominki odejdą do lamusa? „Coraz więcej samorządów decyduje się na to, by zakazać korzystania z paliw...

czytaj dalej
OPINIA EKSPERTA: Dlaczego EKOgroszek jest „eko” ?

OPINIA EKSPERTA: Dlaczego EKOgroszek jest „eko” ?

Krystyna Kubica, dr inż. Ekspert Polskiej Izby Ekologii w Katowicach Sezon grzewczy, niekorzystne warunki atmosferyczne i występujące incydenty smogowe, i znów liczne opinie, komentarze, które koncentrują się na hasłach walki ze „smogiem” i na walce z węglem, nawet z...

czytaj dalej
7,5 mld dopłat nie wystarczy, spółki węglowe Skarbu Państwa  chcą kolejnych 4 mld zł.

7,5 mld dopłat nie wystarczy, spółki węglowe Skarbu Państwa chcą kolejnych 4 mld zł.

7,5 mld dopłat nie wystarczy, spółki węglowe Skarbu Państwa chcą kolejnych 4 mld zł.

W Polsce coraz więcej dopłacamy do górnictwa węgla kamiennego, które jest pod kontrolą Skarbu Państwa. Według najnowszych danych, w tym roku z budżetu państwa miało trafić na ten cel 7,5 miliarda złotych. Okazuje się jednak, że to nie wystarczy. Spółki górnicze, w których 100%  lub większość udziałów ma państwo, zawnioskowały już o dodatkowe 4 miliardy złotych państwowych subwencji. I to nie na rozwój czy inwestycje, ale tylko po to, żeby w ogóle utrzymać płynność finansową, czyli mówiąc wprost – nie zbankrutować.

System dopłat został wprowadzony pod koniec 2021 roku. Oficjalnie miał polegać na tym, że państwo pomaga spółkom węglowym w procesie stopniowego wygaszania wydobycia, które ma się zakończyć dopiero w 2049 roku. W praktyce chodzi jednak przede wszystkim o to, żeby pokrywać różnicę między tym, ile kosztuje wydobycie węgla, a ile spółki są w stanie zarobić na jego sprzedaży (najczęściej po mocno zaniżonych cenach). Do tego dochodzą też inne formy wsparcia – odraczanie zobowiązań, dopłaty do osłon socjalnych dla górników, a także pieniądze na likwidację już zamkniętych kopalń.

Skala tego wsparcia robi wrażenie, ale w złym znaczeniu tego słowa. Początkowo zakładano, że dziesięcioletni program pomocy dla górnictwa na lata 2022–2031 będzie kosztować około 28 miliardów złotych. Dziś już widać, że było to bardzo mocno niedoszacowane. Po czterech latach już jesteśmy blisko tej kwoty, a do końca dekady jeszcze daleko.

Tylko w 2024 roku same dopłaty do redukcji wydobycia wyniosły prawie 5,8 miliarda złotych, a po doliczeniu innych wydatków jak likwidacja kopalń i świadczenia osłonowe, łączne wydatki państwa na węgiel sięgnęły około 6,5 miliarda złotych. W całym 2025 roku było to już około 9 miliardów złotych. Jeśli w tym roku państwo spełni oczekiwania spółek i dosypie kolejne 4 miliardy, rachunek może urosnąć do rekordowych 11,5 miliarda złotych.

Dlaczego tak się dzieje?

Bo państwowe spółki węglowe notują olbrzymie straty, które systematycznie rosną. Z danych wynika, że sama strata netto jednej z największych spółek węglowych należącej do Skarbu Państwa ma w tym roku sięgnąć 5 miliardów złotych. Inna duża spółka, również państwowa – prognozuje stratę na poziomie ponad 6,25 miliarda złotych. I to wszystko mimo że wydobycie węgla w niektórych przypadkach nawet rośnie. Innymi słowy: im więcej wydobywamy, tym więcej tracimy.

W praktyce wygląda to tak, że wszyscy podatnicy w Polsce (niezależnie od tego, czy używamy węgla do ogrzewania, czy nie) regularnie dopłacamy do utrzymywania przy życiu nierentownych molochów. Pieniądze, które mogłyby zostać przeznaczone na inne cele, idą na pokrywanie dziur w budżetach spółek, które od lat nie potrafią same zarobić na swoją działalność.

I tu pojawia się kluczowy kontrast, bo w Polsce działają także prywatne kopalnie wydobywające węgiel kamienny, które mimo tego, że nie otrzymują żadnych dopłat z budżetu państwa, to potrafią być rentowne. Potrafią dostosować koszty do realiów rynkowych, inwestować w efektywne technologie i nie generują strat na skalę miliardów złotych. Co więcej – firmy te muszą nieustannie konkurować na rynku z węglem sztucznie dotowanym przez państwo.

To pokazuje, że problem nie leży wyłącznie w samej branży górniczej jako takiej, ale w modelu zarządzania państwowymi spółkami. Dopóki państwo systematycznie dotuje straty, dopóty nie ma presji na to, żeby naprawdę coś zmienić – na restrukturyzację, na optymalizację kosztów, na modernizację czy na zwiększanie wydajności.

Dlatego warto zadać sobie pytanie – czy nie lepiej zamiast co roku dorzucać kolejne miliardy do nierentownych spółek w ramach mechanizmu, który coraz bardziej przypomina reanimację niż transformację, zainwestować te same pieniądze w głęboką restrukturyzację?

Wyobraźmy sobie, że publiczne wsparcie nie idzie na łatanie dziur, ale na konkretne działania, które mogą zwiększyć rentowność – inwestycje w nowoczesne maszyny i technologie, które obniżą koszty wydobycia, programy optymalizacji kosztów operacyjnych, redukcję zbędnych etatów, a wreszcie – ale tylko tam gdzie to konieczne, na odpowiedzialne i przewidywalne zamykanie tych kopalń, które realnie nie mają szans na rentowność.

To nie jest wizja naiwna. To jest model, który od lat działa w wielu innych branżach i w innych krajach. Państwo nie musi być wiecznym sponsorem strat. Może być natomiast inwestorem, który oczekuje od spółek, w które włożył pieniądze podatników, konkretnych efektów – w tym przede wszystkim rentowności.

Dziś mamy błędne koło – im więcej dopłacamy, tym mniej presji na zmiany, a im mniej zmian, tym więcej musimy dopłacać.

Pytanie brzmi – jak długo jeszcze polscy podatnicy będą płacić za to, żeby państwowe spółki węglowe mogły funkcjonować wbrew logice ekonomicznej? I czy w końcu nie powinniśmy postawić na rozwiązania, które zamiast sztucznego podtrzymywania przy życiu, faktycznie przygotują branżę do przyszłości, w której liczy się efektywność, a nie tylko przyzwolenie na straty?

 

Z ponad 4 miliardów złotych wydanych na „Czyste Powietrze” rozliczono tylko… 1250zł!

Z ponad 4 miliardów złotych wydanych na „Czyste Powietrze” rozliczono tylko… 1250zł!

Z ponad 4 miliardów złotych wydanych na „Czyste Powietrze” rozliczono tylko… 1250zł!

Tak drodzy Państwo, to nie jest ani błąd, ani zgubione kilka zer. Od października 2023 roku Polska miała rozliczyć z Unią Europejską 4,3 mld złotych wydanych na program „Czyste Powietrze”, jednak jak ustaliła Wirtualna Polska, dotąd (stan na drugą połowę kwietnia 2026) rozliczono tylko 1250zł, które wydano na tablicę informacyjną dla WFOŚiGW w Krakowie.

Brzmi jak scenariusz z filmu Barei, tyle że to nie komedia, a rzeczywistość zarządzania publicznymi pieniędzmi.

Program „Czyste Powietrze” miał być sztandarowym projektem walki ze smogiem w Polsce, który poprawi jakość życia milionów Polaków i jednocześnie pokaże, że państwo potrafi sprawnie zarządzać wielkimi pieniędzmi.

Program od samego początku borykał się z wieloma problemami, przede wszystkim z gigantycznymi zatorami płatniczymi. W świecie „Czystego Powietrza” biurokracja od samego początku miała się świetnie, a jej ulubionym zajęciem było mnożenie trudności.
Beneficjenci programu często długimi miesiącami czekali na obiecane dotacje, a stale rosnąca liczba wniosków i coraz bardziej skomplikowane procedury ich składania i rozliczania potęgowały problemy.

W listopadzie 2024 roku wypłaty z programu „Czyste Powietrze” zostały nagle wstrzymane, podobnie jak przyjmowanie nowych wniosków. Nagłe wstrzymanie programu rząd tłumaczył wtedy ogromną skalą nadużyć i koniecznością ich wyjaśnienia.

Zawieszenie i przeciągające się weryfikacje spowodowały zator płatniczy i zaległości sięgające około 1 mld zł. Wykonawcy czekali na pieniądze za zrealizowane już inwestycje, niektórzy z nich nawet ponad rok czasu.
Dla wielu przedsiębiorców program stał się pułapką, wielu musiało finansować zakończone inwestycje z własnych środków lub zaciągać kredyty, a część z nich upadła.

Niejasne procedury dodatkowo potęgowały chaos. Wojewódzkie fundusze – odpowiedzialne za realizację programu – często interpretowały przepisy w odmienny sposób. Zdarzało się, że ten sam wydatek w jednym województwie uznawany był za kwalifikowany, a w innym już nie.

Efektem wieloletniego chaosu jest obecna sytuacja, w której nie jesteśmy w stanie rozliczyć 4,3 mld zł wydanych na program „Czyste Powietrze” z budżetu państwa w ramach prefinansowania, które docelowo miało zostać zrefundowane ze środków Unii Europejskiej.

Okazuje się bowiem, że dla Komisji Europejskiej wydanie pieniędzy to coś więcej niż przelew z konta na konto. To konieczność udowodnienia, że każdy wydany grosz przyniósł realny efekt ekologiczny. Chodzi tu wszystkie wydatki z programu „Czyste Powietrze” po 21 października 2023 r. (4,3 mld złotych), które nie zostały certyfikowane do Komisji Europejskiej, ponieważ nie spełniały wymagań programu funduszy europejskich na infrastrukturę, klimat i środowisko.

W ubiegły piątek Ministerstwo Klimatu poinformowało, że skierowało do certyfikacji wnioski opiewające na 503 mln zł. Jednocześnie wskazano, że kolejne wydatki – o wartości ok. 373 mln zł są obecnie w trakcie weryfikacji. Resort zapowiada, że do połowy maja 2026 r. łączna kwota certyfikowanych wydatków ma osiągnąć 1,5 mld zł.

Co z pozostałymi niemal 3 miliardami?

Pozostaje nadzieja, że resort odpowiedzialny za program Czyste Powietrze rozliczy poprawnie pozostałą kwotę zanim Bruksela powie „sprawdzam”, bo inaczej jedyną czystą rzeczą po tym programie będą nasze portfele, wyczyszczone z pieniędzy które musieliśmy wydać na ratowanie budżetu programu, którego urzędnicy państwowi nie potrafią poprawnie rozliczyć.

Miał być cywilizacyjny skok, walka ze smogiem i nowoczesność w każdym polskim domu. Tymczasem program „Czyste Powietrze” stał się pomnikiem urzędniczej niemocy, w którym 4,3 miliarda złotych utknęło w biurokratycznej próżni. Wydaliśmy fortunę, ale nie potrafimy udowodnić, że wydaliśmy je na to, na co powinniśmy.

Najgorsze jest jednak w tym wszystkim to, że jeśli tego skutecznie nie udowodnimy, to konsekwencje urzędniczej nieudolności poniesiemy jak zawsze wszyscy, refinansując koszty programu z kieszeni każdego polskiego podatnika.

Niemcy po raz kolejny wracają do węgla!

Niemcy po raz kolejny wracają do węgla!

Jeszcze „wczoraj” Niemcy uchodziły za symbol zielonej transformacji i moralnego kompasu Europy w sprawach klimatu. Dziś jednak coraz częściej pojawia się pytanie: czy kraj, który pouczał innych, sam nie padł ofiarą własnej polityki? Analizując obecną sytuację gospodarczą i energetyczną naszego zachodniego sąsiada, trudno nie dostrzec pewnej sprzeczności,  a nawet hipokryzji w jego działaniach.

Z jednej strony Niemcy przez lata konsekwentnie budowały narrację o konieczności szybkiego odchodzenia od paliw kopalnych, w szczególności węgla. Polska, opierająca swoją energetykę na tym surowcu, była często stawiana w roli „hamulcowego” europejskiej transformacji. Z drugiej strony dziś to właśnie Berlin rozważa ponowne uruchomienie elektrowni węglowych o łącznej mocy aż 6,7 GW! T moc wystarczająca do zasilenia około 7 milionów gospodarstw domowych. Ten fakt sam w sobie stanowi wymowny symbol zmiany podejścia, gdzie ideologia ustępuje miejsca pragmatyzmowi.

Przyczyn tej zmiany należy szukać przede wszystkim w pogarszającej się sytuacji gospodarczej Niemiec. Spadające wskaźniki nastrojów przedsiębiorców, rosnące bezrobocie przekraczające 3 miliony osób oraz przyspieszająca inflacja pokazują, że niemiecka gospodarka znalazła się w trudnym położeniu. Obecny kryzys energetyczny z drastycznym wzrostem cen gazu oraz ropy, obnażył słabości modelu opartego na imporcie surowców i niestabilnych źródłach odnawialnych.

Kluczowym błędem – jak przyznają dziś sami niemieccy decydenci, było odejście od energetyki jądrowej. Zamknięcie elektrowni atomowych w 2023 roku uzależniło kraj od gazu, którego ceny w ostatnim czasie (zwłaszcza po wybuchu konfliktu w Iranie) gwałtownie wzrosły. W efekcie ceny energii elektrycznej w Niemczech są dziś nawet czterokrotnie wyższe niż we Francji, która zachowała silny sektor atomowy. W tej sytuacji powrót do węgla przestaje być wyborem ideologicznym, a staje się koniecznością gospodarczą.

I tu właśnie dochodzimy do sedna niemieckiej hipokryzji. Kraj który przez lata narzucał innym restrykcyjne standardy klimatyczne, sam nie jest w stanie ich utrzymać w warunkach poważniejszego kryzysu energetycznego.

Polska przez lata była krytykowana i sankcjonowana przez Unię Europejską za opóźnienia w transformacji energetycznej i brak aktualizacji Krajowego Planu Energetyczno-Klimatycznego, tymczasem Niemcy, mimo deklaracji odejścia od węgla, utrzymywały własne elektrownie w rezerwie, a dziś bez obaw o krytykę i sankcje ze strony UE rozważają ich ponowne wykorzystanie.

Co więcej, niemiecka polityka energetyczna od samego początku zawierała w sobie wiele sprzeczności. Z jednej strony forsowano Zielony Ład i zaostrzanie norm klimatycznych w całej Unii Europejskiej, z drugiej podpisywano wielomiliardowe umowy z sektorem węglowym oraz uzależniano tempo transformacji od budowy nowych elektrowni gazowych. W praktyce oznaczało to, że odejście od jednego paliwa kopalnego odbywało się kosztem zwiększenia zależności od innego, a gdy to inne drastycznie drożeje, wraca się do tego pierwszego.

Przypadek Niemiec pokazuje, że transformacja energetyczna, choć konieczna, musi być prowadzona w sposób realistyczny i uwzględniający bezpieczeństwo gospodarcze. Próba narzucenia jednego modelu wszystkim krajom, bez uwzględnienia ich specyfiki, prowadzi do właśnie takich sytuacji, w których kryzys wymusza odwracanie decyzji. Niemcy, które jeszcze niedawno były liderem zielonej rewolucji, dziś wracają do węgla, potwierdzając starą prawdę – w obliczu kryzysu liczy się nie ideologia, lecz stabilność i bezpieczeństwo energetyczne.

źródło: YT, kanał Comparic Rynki

Czy Europę czeka „gazowa apokalipsa”?

Czy Europę czeka „gazowa apokalipsa”?

W ostatnich tygodniach, w mediach coraz częściej pojawiają się alarmujące nagłówki sugerujące, że Europie grozi tzw. „gazowa apokalipsa”. Analizując sytuację magazynów gazu w Europie oraz napięcia geopolityczne, w tym przede wszystkim ataki na strategiczną infrastrukturę energetyczną w rejonie Zatoki Perskiej, pytanie – „Czy Europa rzeczywiście stoi u progu katastrofy?” rzeczywiście ma sens, a odpowiedź na nie jest wcale optymistyczna…
Pierwszym argumentem przemawiającym za tezą o nadchodzącej „gazowej apokalipsie” jest stan europejskich magazynów gazu. Po sezonie zimowym ich poziom jest znacznie niższy niż w poprzednich latach, a na kluczowym na Unii Europejskiej rynku holenderskim jest wręcz katastrofalny. Zapełnienie magazynów w Holandii wynosi zaledwie 4,66%, dla porównania – w kwietniu 2022 roku, po wybuchu wojny na Ukrainie wynosiło ono niemal 21%, a potężny kryzys energetyczny, który uderzył chwilę później w Europę pamiętają wszyscy.
Dzisiejsza sytuacja jest już w tej chwili znacznie bardziej poważna niż w 2022 roku, bo rynek gazu jest znacznie bardziej globalny niż jeszcze kilka lat temu. Europa, która po wybuchu wojny w Ukrainie odcięła się niemal całkowicie od tanich dostaw gazu z Rosji, stała się zakładnikiem globalnego rynku LNG, konkuruje o surowiec z innymi regionami świata, zwłaszcza z Azją.
W obecnej sytuacji z globalnego rynku LNG już „zniknęło” około 20% surowca, którego w praktyce nie ma czym zastąpić, a patrząc na rozwój sytuacji w rejonie Iranu, sytuacja może jeszcze znacznie się pogorszyć. Szczególne znaczenie mają doniesienia z ostatniej doby, o bombardowaniach kompleksu petrochemicznego w Asalujeh w Iranie – jednego z kluczowych ośrodków obsługujących ogromne złoża gazu, należące do największych na świecie.
W odpowiedzi Iran może po raz kolejny zaatakować katarskie złoża gazu South Pars, a wtedy „gazowa apokalipsa” jest w zasadzie nieunikniona, bo już w tej chwili wg. informacji płynących z Kataru, naprawa zniszczonej infrastruktury w tym miejscu ma potrwać od 3 do 5 lat.
Choć Europa sprowadzała z Kataru relatywnie niewielką ilość gazu, to każdy ubytek arabskiego LNG w globalnym łańcuchach dostaw zmusza inne kraje, szczególnie azjatyckie do poszukiwania alternatywy tam, gdzie gaz kupuje także Europa, a więc przede wszystkim w USA i w Norwegii.
Skutkiem tego w najlepszym wypadku będzie bardzo drastyczna podwyżka cen gazu, jaką w zasadzie już w tej chwili obserwujemy na całym świecie – także na rynku Europejskim, gdzie obecne ceny gazu są wyższe o około 66% od cen sprzed wybuchu wojny, a w najbardziej nerwowym momencie (po ataku Iranu na złoża South Pars) wzrost cen wyniósł przez chwilę ponad 115%. Ten scenariusz niestety szybko może się powtórzyć i to w znacznie gorszym wariancie – jeszcze wyższego i trwałego wzrostu cen gazu.
Scenariusze „gazowej apokalipsy” są obecnie dwa:
1. Pomimo drastycznych wzrostów cen gazu Europa zacznie napełniać swoje magazyny, by uniknąć braków gazu kolejnej zimy – za co niestety zapłacimy wszyscy, w dużo wyższych rachunkach za energię, nawozy, żywność itd.
2. Europa będzie wstrzymywać się z zapełnianiem magazynów do czasu spadku cen (który nie wiadomo czy i kiedy nastąpi) – a to grozi zbyt małymi zapasami gazu w magazynach przed kolejną zimą.
Na chwilę obecną realizowany jest ten drugi scenariusz – magazyny w dalszym ciągu są opróżniane, a proces napełniania, który zwyczajowo ruszał już w kwietniu nadal się nie rozpoczął, pomimo usilnych apeli Komisji Europejskiej dostrzegającej zagrożenie.
To, czy „gazowa apokalipsa” uderzy w Europę zależy tak naprawdę od sytuacji w Iranie i rejonie Zatoki Perskiej. Każda eskalacja konfliktu w tamtym rejonie przybliża nas do kryzysu energetycznego, jakiego być może Europa jeszcze nigdy nie doświadczyła, co już w tej chwili odczuwamy wszyscy przy dystrybutorach na stacjach benzynowych, gdzie podwyżki cen dotarły znacznie szybciej niż efekty drastycznych podwyżek cen gazu, które boleśnie odczujemy dopiero „za chwilę”.
Konflikt na Bliskim Wschodzie winduje ceny węgla w Europie!

Konflikt na Bliskim Wschodzie winduje ceny węgla w Europie!

Ostatnie tygodnie przyniosły bardzo drastyczne wzrosty cen na rynku surowców energetycznych na całym świece. Drożeje nie tylko ropa i gaz, ale również węgiel kamienny.

Spoglądając na notowania kontraktów terminowych na węgiel API2 w portach ARA (Amsterdam, Rotterdam, Antwerpia), widać bardzo wyraźny trend wzrostowy.

Tylko w ciągu ostatnich 3 tygodni ceny węgla poszybowały o około 15% w górę, a gdy spojrzymy na ceny z ostatnich 3 miesięcy, wzrost cen wynosi już ponad 35%.

Początkiem dynamicznego wzrostu cen węgla była wyjątkowo ostra zima, ale głównym motorem napędowym tych wzrostów w ostatnich tygodniach, jest wybuch eskalacja konfliktu na Bliskim Wschodzie.

Region ten, będący kluczowym hubem dla globalnych dostaw ropy naftowej i gazu skroplonego (LNG), stał się miejscem poważnego konfliktu zbrojnego. Blokada transportu ropy i gazu przez cieśninę Ormuz oraz ataki na infrastrukturę wydobywczą w wielu krajach tamtego regionu, natychmiast przełożyły się na bardzo drastyczne wzrosty cen ropy i gazu ziemnego.

W ekonomii energetycznej działa tu mechanizm substytucji – gdy gaz staje się drogi, produkcja energii elektrycznej z tego surowca przestaje być rentowna, a energetyka zawodowa „przeprasza się” z węglem kamiennym. Dokładnie ten sam mechanizm obserwowaliśmy po wybuchu wojny na Ukrainie, gdy ceny węgla poszybowały do astronomicznych wręcz poziomów niemal 400$ za tonę.

Obecne wzrosty nie są jeszcze aż tak drastyczne, ale nikt nie wie jak dalej potoczy się sytuacja na Bliskim Wschodzie i czy, a przede wszystkim kiedy, ceny węgla przestaną rosnąć.

Od wybuchu wojny w Iranie ceny gazu ziemnego na europejskim rynku wzrosły już o ponad 100% i wciąż szybko rosną, a ceny węgla nieuchronnie podążają za nimi.

Co to oznacza dla Polski?

Ceny węgla w portach ARA są kluczowym punktem odniesienia dla cen węgla na polskim rynku. Rosnące ceny węgla w Europie prędzej czy później przyczynią się do tego, że polskie kopalnie będą dążyć do renegocjacji kontraktów z energetyką zawodową, aby dostosować je do realiów rynkowych.

Dla odbiorców indywidualnych w Polsce, tak znaczące wzrosty cen węgla na rynkach światowych mogą oznaczać droższe węgle opałowe w składach opału, szczególnie jeśli wzrośnie koszt importu surowca uzupełniającego krajowe niedobory.

Wykresy cen ropy, gazu i węgla z ostatnich dni i tygodni nie pozostawiają złudzeń – era tanich surowców energetycznych, na którą liczono po uspokojeniu rynku w 2024 roku, została brutalnie przerwana przez geopolitykę.

Wojna na Bliskim Wschodzie przypomniała Europie coś jeszcze – węgiel kamienny pozostaje wciąż niezwykle ważnym surowcem energetycznym i „bezpiecznikiem”, który ratuje energetykę w sytuacjach poważnych, globalnych kryzysów.